Wracamy. Nie ma to tamto. Czas leci, zdarzeń przybywa a na blogu cicho i głucho.
Zaczęliśmy ferie. Formalnie żłóbków i przedszkoli ferie nie dotyczą, ale wzięliśmy tydzień urlopu, żeby poprzebywać trochę z chłopakami (i czasem bez).
Zaczęliśmy od balu karnawałowego w przedszkolu. Akcja błyskawiczna (nie wiesz kiedy ten bal u Franka w przedszkolu? chyba we wtorek. a może jutro.. Jutro: to dziś! za godzinę przychodzi fotografi i będą robić zdjęcia!)
Efekt był taki, wszak wiadomo, że wyobraźnia pod presją czasu działa najlepiej!
Zaczęliśmy ferie. Formalnie żłóbków i przedszkoli ferie nie dotyczą, ale wzięliśmy tydzień urlopu, żeby poprzebywać trochę z chłopakami (i czasem bez).
Zaczęliśmy od balu karnawałowego w przedszkolu. Akcja błyskawiczna (nie wiesz kiedy ten bal u Franka w przedszkolu? chyba we wtorek. a może jutro.. Jutro: to dziś! za godzinę przychodzi fotografi i będą robić zdjęcia!)
Efekt był taki, wszak wiadomo, że wyobraźnia pod presją czasu działa najlepiej!
Kiedy już odstawiliśmy wystrojonego koMboja na dziki zachód, sami zafundowaliśmy sobie odrobinę przyjemności, czyli śniadanie przy gazetce:
A właściwie to nawet dwa, bo następnego dnia też postanowiliśmy się pobyczyć.
Po południu wybraliśmy się do sali doświadczania świata, gdzie na kilku m2 wykazano się dużą kreatywnością. Coś zupełnie nowego, ciekawe doświadczenie. Nurkowanie w kolorowym basenie, zabawa światłem.
Następnie wyjechaliśmy do dziadków zażyć trochę świeżego powietrza i luksusu wysypiania się do woli. Nadmiar luksusu nie pozwolił na marnotrawienie czasu na robienie zdjęć.
W drodze powrotnej do Krakowa wstąpilśmy na sanki do Krynicy.
Jedni zjeżdżali, inni je musieli taszczyć, jak to zwykle w przyrodzie bywa.
A wszystko to wypadło w walentynki!



















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz